czwartek, 30 listopada 2017

Maraton Komandosa


Maratony miejskie są nudne.

…dlatego sobie założę mundur, buty taktyczne i zapakuje plecak 10-kilowym obciążeniem, by następnie w podskokach ruszyć w las.

…i się okazało, że pomyślało tak ponad 400 osób 😮

Po godz. 8:00 zdaję plecak w miejscu koncentracji. Waga się zgadza, a nawet o 2 kg bardziej (bukłak z izo). Na miejscu czuć już specyficzną atmosferę. Mundury różnych formacji, w różnych kolorach, jednak z przewagą khaki. Buty wyglancowane na błysk – czysty but to podstawa, choćby miał być czysty tylko na starcie (i tak było).  Grupowe foto i przed 9:00 odbieramy swoje plecaki. Start na dobrze już znanej polanie, na którą wspólnie się udajemy. 

foto: Jarosław Kociel

foto: Jarosław Kociel

Start na lublinieckich imprezach mundurowych jest unikatowy i niezapomniany. Klimat jak podczas jakiejś bitwy, gdzie wszyscy ustawiają się w linii i czekają na sygnał do ataku. Zaczynamy odliczanie i na wystrzał ruszamy "rojem" w kierunku trasy, wylewając się na nią jak z lejka. Pierwsze dwa kilometry to bieg po asfalcie, tłum narzuca tempo. W lesie trochę się stawka rozciąga i każdy ma więcej przestrzeni dla siebie. Plecak czuć już od początku, można powiedzieć, że od chwili startu twardo stąpam po ziemi :P 


Maraton Komandosa to trasa składająca się z dwóch pętli. Większa część wiedzie przez las, po leśnych duktach i ścieżkach, ale szlakiem pobiegniemy też między łąkami, wzdłuż jeziora, a także asfaltem przez środek wsi. Podłoże względnie suche. Momentami było mokro, ale generalnie w bucie skarpeta sucha przez cały bieg. 
Foto: Ladislav Maras
Co ciekawe, cykliczność imprezy przyczyniła się do tego, że szlak nosi już nazwę maratonu komandosa. Super oznaczony, także w weekend można sobie zrobić 20-kilometrowy spacer lub przejażdżkę rowerem po ładnej okolicy. 


Foto: Ladislav Maras
Sam bieg dla mnie strasznie ciężki - plecak, buty + mundur bardzo dają w kość. Do 17 km utrzymywałem ciągły bieg, później było już tylko gorzej, do kryzysu na 24 km. Od 15 km czułem już „dobrze”  biodra, a im dalej, tym częściej przypominały o sobie stopy, łydki i dół pleców. Od 17 km w głowie była jedna myśl: „byle do wodopoju” Po półmetku się ogarnę...

Pierwszą pętlę zrobiłem w 2:43:46, czyli już wiadomo, że planowane 5:30:00 jest poza zasięgiem, tym bardziej, że czułem się strasznie przygnieciony po dystansie półmaratonu. Już wiedziałem, że to nie żarty, a bieg z przyjemnością będzie miał niewiele wspólnego. Przynajmniej elita mnie nie zdublowała (pierwszy 3:01:45, drugi 30s później – jprdl...)
Na punkcie uzupełniłem bukłak, zabrałem resztę prowiantu (żele i baton) i wziąłem butelkę Pepsi.
Zrzucony na chwilę plecak to była jedna z piękniejszych w tym dniu chwil, a kubek herbaty to już była pełnia szczęścia
…która trwała zbyt krótko. 



Założywszy ponownie plecak, poczułem się jak pieprzony grecki Atlas czy inny Syzyf i ruszyłem w dalszą drogę.  Asfalt trochę z górki i noga jeszcze podawała, ale pod samym lasem już mnie odcięło. A miałem się ogarnąć… A gdzie jeszcze 18 km…?
Przypomniała mi się kwestia Marka Kondrata z filmu „Nic śmiesznego”, kiedy to Adaś Miauczyński pokazuje mu leśny krajobraz. To kluczowe zdanie tej sceny nasuwało mi się na usta, a plecak miałem ochotę cisnąć gdzieś w krzaki i wrócić później po niego autem.  Generalnie głowa siadła...

Postanowiłem jednak iść naprzód. Wyjąłem batona proteinowego i zmusiłem się by go zjeść, bo wcale nie miałem na niego ochoty. Popiłem pepsii tak sobie szedłem. Jakieś 700 m marszu wyszło łącznie, kiedy postanowiłem zmusić się do truchtu. Plan był prosty – 1 minuta biegu na 30 sekund marszu. Dałem sobie przyzwolenie na marsz, ale coś za coś - dżentelmeńska umowa z samym sobą.
Głowa była też zajęta zegarkiem, czyli zadaniowo. Generalnie, mówiąc po wojskowemu, ch*jowo, ale stabilnie. Posuwałem się do przodu. Orka na ugorze i rozpędzanie zimnego czołgu.

Tak do 30 km, kiedy to wrzuciłem następny bieg 💪
I możecie mi mówić, że trail to kontemplowanie przyrody, krajobraz, dźwięki natury i inne ćwierkające ptaszki, ale jak wjeżdża na słuchawki ciężkie drum and bass, to nic lepiej nie mogło mnie ogarnąć z kryzysu jak właśnie mocny bass i szybki bit. Odrodziłem się jak feniks z popiołów i czwartą ćwiartkę zrobiłem szybciej niż trzecią, wyprzedzając na ostatniej dyszce 50 osób. W połowie byłem na 324 miejscu, a skończyłem na 274. I ten powrót na koniec cieszy mnie bardziej niż wszystko inne, bo wygrałem walkę z samym sobą. A to co dzieje się w głowie podczas takiego biegu, to po prostu trzeba przeżyć...

Czas jaki osiągnąłem to 5:55:14 (plan B zakładał ścięcie szóstki, także zrobione). W maratonie startowały 446 osoby, rywalizację ukończyło 424, w tym 33 panie.



foto: www.kiwiportal.pl
Na mecie było oczywiście kontrolne ważenie plecaków. Ciężar się zgadzał ;)

Udostępnij

Finał Runmageddonu


Mamy czwartek (23.11.2017), czyli już na chłodno (buehehehe 😂)

Wszystko zostało już w zasadzie powiedziane na temat weekendowego finału, a śledząc internetową gównoburzę w środowisku OCR, uważam, że prawda jest gdzieś po środku.

Z jednej strony, rzeczywiście ilość wody, w połączeniu z listopadowymi warunkami, zepsuły widowisko serii Elite. Impreza pod flagą mistrzostw Polski - przyjechali najlepsi, ludzie oczekiwali chleba i igrzysk, a dostali co? W zasadzie to nic, bo do miasteczka zawodów dobiegli nieliczni. A tych z opaską szukać, to jak GoPro na Indianie...
Elita podchodząc kilkukrotnie do bardziej wymagających przeszkód, wychładzała się szybciej niż Open. Burpeesy w ten weekend były super opcją, bo ratunkiem przed hipotermią jest ruch. A gdy każdą przeszkodę masz pokonać samodzielnie, każda "ekstra próba" sprawia, że stygniesz. Dodatkowo wiatr tego dnia nie pomagał. 

To tak w ramach wyjaśnienia dla niektórych kozaków z Open, bo przecież "było do zrobienia".

Druga strona medalu jest taka, że Runmageddon JUŻ TO ROBIŁ! 

Chociażby Hardcore w 2014 roku. To nie jest Spartan, to nie jest Barbarian, gdzie macie szybki bieg z przeszkodami technicznymi. W Runmageddonie teren i warunki pogodowe są przeszkodą. Taka formuła, że organizatorzy maksymalnie używają terenu by utrudnić życie uczestników. I w górach nie pobiegniesz po szlaku, tylko w górę potoku, a w sezonie jesienno-zimowym będziesz moczył dupę w wodzie. Latem też niektórzy ludzie nie kończyli biegu z przegrzania lub odwodnienia. Na Saharze domniemywam, że będzie gorąco i można przewidzieć, że wody nie będzie.

Niektórzy twierdzą, że OCR to nie survival, a ja od zawsze kojarzyłem RMG z trudnymi warunkami. Chociaż są konsekwentni w tym, co robią 

Problemem czy też szansą aktualnie jest to, że świat OCR się rozrasta. Przez co stało się to dyscypliną sportu. Ludzie zaczęli się w tym zatracać; zajmować profesjonalnie, zawodowo. Mamy ogólnokrajowe kluby OCR, mamy trenerów biegów z przeszkodami, mamy dedykowane zajęcia w fitness klubach. Analogicznie jak crossfitem. 

Środowisko, zwłaszcza elita, wymusza jak imprezy OCR mają wyglądać i jakie powinny być standardy. Oczekiwania są ogromne, stąd krytyka finału.

Podsumowując, próba siły i charakteru w trudnych warunkach ok, ale może nie na imprezie tytułowanej jako mistrzostwa Polski. Rywalizacja została wypaczona przez co, finał utracił widowisko, a naprawdę byłoby na co popatrzeć na ostatnim kilometrze. 

Bieg biegiem, ale to zawodnik ocenia, kiedy powiedzieć dość i zakończyć rywalizację. To bardzo duża umiejętność słuchać własnego ciała i zejść z trasy w odpowiednim momencie. Gratuluję każdemu, kto ukończył, jak również podjął dojrzałą trudną decyzję. Zdrowie najważniejsze, a każdy granicę ma gdzie indziej.

Uwagi:
❄️ Zamiast pianek, niektórzy mogliby jednak biec w długich rękawach, w długich nogawkach, w czapkach i rękawiczkach  Szybsze wychłodzenie na własne życzenie. Aczkolwiek niektórzy pokazali, że można...  
Ciepło ucieka przede wszystkim przez głowę, ręce i nogi. A sam po sobie wiem, że nawet mokra rękawiczka daje więcej ciepła niż jej brak. Im mniejszy fat, tym też szybciej się wychładzasz (lepiej było się ulać na finał 😂)
❄️Pabianice nie są atrakcyjnym terenem - to nie góry, morze czy mazury, a nawet Śląsk (hałdy). W zasadzie nic tu nie ma (kurde, mieszkam tu), także nie dziwi mnie, że trasę wytyczono właśnie w ten sposób, żeby było trudno.
❄️Jesienno-zimowe OCR to nie jest odpowiedni wybór na debiut (sam zaczynałem Hardcorem w 2014 😂). I może przed, warto też trochę pomorsować, żeby zobaczyć jak nasze ciało reaguje na zimno.
❄️Ilośc punktów niezbędnych do wzięcia udziału w finale to śmiech na sali. Rozsądnym warunkiem byłoby zrobienie weterana. Zresztą co to za prestiż, jak wystarczy zrobić jednego rekruta lub dwa razy intro... 😂
❄️Koniec sezonu, a z nim finał ligi powinien być na koniec lata. Wtedy nawet mokre warunki byłyby ok.

❄️Ostatnio była gównoburza, że co to za oceery, jak każdy kanapowiec czy korposzczur może ukończyć Runmageddon... ups! 🙊🙉🙈


No to jak ma być...?
Udostępnij

sobota, 21 października 2017

Leśna Doba, czyli ultra dla każdego

Foto: Mario Foto Studio

Formuła biegu była prosta - biegasz ile chcesz. Czy jak kto woli - ile zdołasz. 
Wraz z pakietem dostajesz bilet dobowy z numerem i jeździsz w kółko, mając zajezdnię co 13 km i przystanek w połowie. Wysiadasz w dowolnym momencie.

„Leśna Doba, czyli ultra dla każdego" - z takim hasłem spotkałem się przed imprezą. I tak było. Mogłeś zrobić rundkę honorową lub trzaskać kółka bardziej zajadle niż młody chomik. W praktyce wyszło tak, że ci, którzy mieli zrobić jedną pętle, przebiegli trochę więcej, ci którzy już nie mogli, dobiegali jeszcze rano, a najlepsi biegali cały czas, kończąc z dwójką z przodu (mówimy o trzech cyfrach).
Byli też tacy, którym Leśna Doba zweryfikowała plany. Był cel, było założenie, były przygotowania, by po którejś godzinie nagle odcięło prąd.
Linia 991 zajęta, radź sobie sam. 
Noga już nie podaje, ból staje się nie do zniesienia, psycha siada, może sensacje gastryczne. Zły dzień, słaba dyspozycja, mało snu w ostatnich dniach... 
Ultra Ty Suko!
I to jest w tym piękne. Coś sobie zaplanujesz i nigdy nie wiesz jak będzie...

Trasa biegu wiodła przez Las Karolewski, w którym podziwiać można było piękno złotej jesieni. W rodzimym lesie, w środku Polski, każdy ultras znalazł coś dla siebie - było błoto, było grząsko, czasem mokro, by za chwilę lecieć utwardzonym suchym duktem. Trzciny, wysokie trawy, piachy i żwiry. Wszystko przeplatane podbiegami i zbiegami, które po n-tym kilometrze stawiały się, delikatnie mówiąc, wymagające. 
Jeden las, wiele możliwości. 

Foto: Marta Krawczyk
Była nawet "Droga Mirka". Rzeźnik ma swoją, to dlaczego nie w Róży...? Kilometrowy dobieg do/z lasu asfaltem. A na drodze stał ON - Mirek, czyli profesjonalny zaganiacz biegaczy do bazy, witający ciepłym słowem i zimną colą. W lokalnym sportowym środowisku znany jako mistrz kijów (nordic walking).

 
Foto: FOTO Doktorek
Foto: Marek Janiak
Ekipa Stowarzyszenia Wszystko Gra - Pabianice była bez zarzutu, ale Mirka zapamiętałem najbardziej. Bił brawo przy powrocie do bazy i przybijał piątkę mocy na początku każdej pętli.
Choć Miro tego dnia kije zostawił w domu, to na trasie można było spotkać niejednego pasjonata nordic walking. „Kijanki” miały bowiem swoją kategorię. Nic tylko spacerować…
24 godziny.

Foto: Ultramaraton Leśna Doba
Na zajezdni bufet iście królewski. Niektórzy twierdzą, że jedyną wadą tej imprezy był za duży wybór jedzenia. Czas leci, a Ty stoisz i nie wiesz co zjeść...
Na zewnątrz przekąski, zimne napoje, a w remizie bufet i „sala relaksu” (czy też kiermasz karimat). W bufecie słodko, słono, pieczywo, dżemory, przetwory, czekolada, kabanosy, smalec, wafle ryżowe, kawa, herbata...
A potem wjechały ciepłe posiłki (aż trzy). Przyjechałem tu jeść czy biegać...?


Foto: Marek Janiak
Ciężko było się zwlec na kolejną pętlę - kawka, herbatka, bajerka...
Ale to dobrze. Można się było trochę podładować. Większa część biegu to jednak samotność. Zwłaszcza w nocy, gdy wcześniejszy piękny krajobraz to już tylko zasięg światła latarki czołowej.
 
Foto: Marek Janiak
Leśna Doba to coś nowego na polskim rynku biegowym. Ciekawe połączenie biegania trailowego z zawodami 24-godzinnymi. Wcześniej słyszałem o bieganiu na stadionie po bieżni 400 m, a okrążenie 1 km to już w ogóle szczyt marzeń. Dla fana biegów liniowych, takie imprezy to jak wejście na karuzelę po sytym obiedzie u babci. 

Bieg po 13-kilometrowej trasie na pewno nie był nudny. Teren był zróżnicowany, a zmieniająca się pora dnia sprawiała, że las za każdym razem wyglądał inaczej. Ilość kilometrów okrążenia też była odpowiednia. W moim odczuciu był to złoty środek między „za mało” a „za dużo”.

Uważam jednak, że bieganie liniowe jest łatwiejsze. Masz podany konkretny dystans, a koniec biegu to jego pokonanie. Jesteś w górach, w połowie trasy i nie ma zmiłuj - musisz dostać się do punktu kontrolnego. A za punktem okazuje się, że teraz będzie z górki. To napierasz dalej, zapominając o trudach pokonanej już trasy, bo masz zbieg. A dalej znowu podbieg, i znowu musisz doczłapać się do punktu, i tak do mety. Kijowo, ale stabilnie - posuwasz się wciąż do przodu.

Na Leśnej Dobie, baza co 13 km była oazą, a kontynuowanie biegu to dalsza podróż karawaną przez pustynię. Po każdym kółku kusi, aby dłużej posiedzieć, poleżeć, z kimś porozmawiać. Bezpieczna przystań kusi, by odpuścić. Wiesz, że lepiej nie będzie, ból nie będzie mniejszy, przez co ciężko ponownie wyjść na trasę. Tę samą trasę! Nie będzie z górki. Wymaga to naprawdę silnej głowy i samozaparcia.

Biegając liniowo, musisz pokonać dystans. Biegając na czas, łatwiej się oszukuje (siebie), częściej odpuszcza, słabiej napiera, bo czy idziesz, stoisz, czy leżysz, czas leci...
Ogromna próba charakteru.

Co ze mną w tym wszystkim?
W środowisku ultra jestem młokosem. Z pokorą zwiększam dystans. 
Plan na Różę był 60-80 km i testowanie różnych rzeczy, bo co 13 km miałem bezpieczną przystań. Czyli generalnie treningowo przed biegami górskimi.
Tego dnia Agnieszka Chylińska zapytałaby: kiedy powiesz sobie dość? Odpowiadam: po 5 pętlach.
Pojedli, popili, pobiegali to do domu. Rano do pracy. Cel osiągnięty: 65 km bez większych sensacji :P
 
Foto: Kamil Weinberg (festiwalbiegowy.pl)
Co cieszy?
To, że w mojej kategorii wiekowej startowały 2 osoby. Pewne podium. 
To znaczy, że wcześnie wchodzę w ten świat, choć biegać zacząłem późno.
Przyszły rok jest mój. W marcu setka, a na II edycję Leśnej Doby na pewno wezmę urlop, by pobiegać całe 24h. 
Zabawa przednia i generalnie… Wszystko Gra.
Do zobaczenia za rok.


Udostępnij

czwartek, 12 października 2017

Ultramaraton Leśna Doba tuż tuż



13-kilometrowa trasa otwarta przez 24h. 
Leśna sceneria i jak pogoda wskazuje będziemy mieli polską złotą jesień. Ojciec Dyrektor zapewnił, że dołącza słoneczko w pakiecie startowym.


W założeniu biegu każdy biega tyle ile musi się podoba. 
Można zrobić rundkę honorową lub trzaskać pętle bardziej ochoczo niż chomik w kołowrotku. Najlepsi zrobią tego dnia ponad 200 km. Szanuję 

Ja planuje przebiec treningowo 60-80 km i przetestować na sobie kilka rzeczy pod przyszłoroczne biegi ultra. 
Baza biegu co 13 km to bezpieczna opcja na eksperymenty 

Dla każdej osoby, która wytrwa godziny 17:30 czeka taki o to widok na trasie. 
Z kim się widzę?
Udostępnij

Bieg Przełajowy o Nóż Komandosa


XXI Bieg Przełajowy "O Nóż Komandosa" (BONK)
Mistrzostwa Służb Mundurowych w crossie

Ze słonecznej wyspy Korfu do deszczowego, jesiennego Lublińca. Urlop był, urlop się skończył, a Wielki Lubliniecki Szlem Biegowy sam się nie zrobi (Trzy biegi: Bieg Katorżnika, BONK i Maraton Komandosa).

To co dobre szybko się kończy, a pokuta przyszła jeszcze szybciej. Wprawdzie ciąża to nie choroba, tym bardziej spożywcza, ale wszystkie zjedzone ciastki, lody i mniej lub bardziej lokalne greckie potrawy, które "musiałem" spróbować, prawie mi wyszły... 
bokiem.

Do pakietu all inclusive niestety nie dodają calgonu i bęben wywaliło, ale powiem Wam jedno... NICZEGO NIE ŻAŁUJĘ! 
Po to są wakacje.
A po biegu w pełni zasłużyłem na dwa Wieśmaki 

Ale wracając do samego biegu. Tragedii nie było, czas tylko o 30s gorszy niż rok temu, a Polarem kontrolowałem jedynie dystans. W generalce mężczyzn 304 miejsce na 511 mundurowych (cywile osobna klasyfikacja). Wśród strażaków 24/44. Czas 56 min z groszem.
10-kilometrowy przełaj, głównie po lesie. Wymagany mundur koszarowy danej formacji + obuwie za kostkę (to już trochę inne bieganie). Po ostatnich burzach trochę mokro i grząsko, ale warunki do biegania w sam raz - nie za zimno, nie za ciepło. Podbiegi po piachu po 7 km wchodziły mocno. Chciało się sturlać po którejś górce. Zabawa przednia.
Oby więcej takich inicjatyw. Generalnie wychodzę z założenia, że funkcjonariusz jest wizytówką swojej formacji, a dbanie o kondycję to część służby. Nie trzeba być najlepszym, ale formę jako taką trzeba mieć. 
Miło było stanąć "na polanie" z taką zgrają dzików i ruszyć "rojem" w kierunku trasy. Start to jest to, co wyróżnia Bieg o Nóż Komandosa. Raczej nigdzie indziej tego nie spotkacie. Filmik w komentarzu. Do następnego!
A następny Maraton Komandosa 
Udostępnij

Psy na trasie



Psy na trasie

🐶Co robić, gdy w trakcie biegu zaatakuje Cię Łatek czy inny Burek?
Przede wszystkim przechodzimy do marszu, a nawet zatrzymujemy się. 
Pozostajemy frontem lub bokiem do zwierzęcia. Nie patrzymy w oczy.
Nie uciekamy, nie wykonujemy gwałtownych ruchów - w przeciwnym razie pies potraktuje to jako zabawę lub co gorsza, Ciebie jako zwierzynę.

Zachowujemy spokój i powoli wycofujemy się, pozostając wciąż przodem do psa.

🐶Z własnego doświadczenia wiem, że psy to najczęściej szczekacze. Wylatują przez niezamkniętą bramę lub przez inną dziurę w siatce i chronią swojego terytorium. Szybko się poruszasz i to zwraca ich uwagę. 

Odwracasz się do niego i mamy sytuację patową – Ty stoisz, on stoi i sobie szczeka; krok w przód, krok w tył - kozak na odległość. Wycofujesz się i po historii. 

Wariant 2: Uciekasz, krzyczysz, panikujesz… Super! Jesteś nową zabawką, którą można gonić, gryźć i szarpać.

🐶Uwierz mi, że pies, który chce Cię zaatakować NIE SZCZEKA. Najeża się, pochyla nisko łeb i idzie na Ciebie z zębami. Widziałem to dwa razy. Raz miałem kije trekkingowe i krzyżując je, zasłoniłem się. Po chwili odpuścił. 
Drugi raz, wiele się nie zastanawiając, wbiłem komuś na posesję, przeskakują przez płot. Ze zwykłego biegania zrobiło się OCR  

🐶Co zrobić, gdy wiesz, że zaraz Cię zaatakuje? 
Jeśli masz na to czas, odgrodź się czymś, np. dużą gałęzią. Można wejść na jakieś podwyższenie - płot, drzewo, cokolwiek. Wszelka próba biegu nie wchodzi w grę, psy biegają szybciej.


🐶Jeśli nie jesteś w stanie uniknąć ataku, należy przyjąć tzw. pozycję żółwia , chroniącą najważniejsze części ciała, atakowane przez psy. 
Splatasz dłonie na karku z palcami do środka (kciuki schowane), łokcie blisko przy głowie, zasłaniając uszy. Następnie kucasz i przyciągasz głowę do kolan. Taka pozycja w bezruchu powinna zniechęcić zwierzę. Zdjęcie instruktażowe poniżej (pierwsze lepsze z google).



W najgorszym przypadku jeśli pies Cię ugryzie i nie chce puścić, należy mocno uderzyć w najczulsze jego miejsce, czyli w nos. Jak puści pozycja jak wyżej.
To są oczywiście skrajne przypadki, ale licho nie śpi.

🐺🐺Co w przypadku kilku psów? 

Zawsze jest jeden alfa i do niego trzeba być zwróconym, na ogół jest najbardziej wysunięty. Postępowanie takie samo, spokojne wycofywanie się.

🐶Czy warto biegać z gazem? 
W większości przypadków, przy realnym zagrożeniu, nie zdążysz go wyciągnąć.



Kilka dodatkowych zasad:

🐩Każdego obcego psa traktujemy z ograniczonym zaufaniem, nawet jeśli obecny właściciel twierdzi, że „nigdy nikogo nie ugryzł”. Nigdy nie wiesz czy to nie będzie jego pierwszy raz 
🐩Widzisz psa na trasie, omijasz go szerokim łukiem, w razie potrzeby przechodzisz do marszu.
🐩Nie wchodzisz na czyjś teren, psy bronią terytorium.
🐩Nie wbiegamy między pas a właściciela. Może zostać to odebrane jako atak.
🐩Możesz mówić do psa stanowczym tonem używając najczęściej stosowanych komend „stój”, „waruj”, „nie wolno”, „przestań”. Jeśli to czyjś pies, może posłucha.
🐩Psy wyczuwają strach. Musisz zachować spokój.
.
.
.
👮‍♂️ Przed policją też radzę nie uciekać  Zwłaszcza jak biegasz po zmroku, cały na czarno i w kominiarce  Niebieskie koguty mogą dotyczyć Ciebie 🤣 Lepiej się zatrzymać i dać wylegitymować. Przerabiałem 
😂





Udostępnij
Obsługiwane przez usługę Blogger.